Przybysz – moje pierwsze opowiadanie!

Źródło obrazka wyróżniającego: Link

Jak wspominałem w tym wpisie, pisanie opowiadań jest jednym z moich sposobów na zabicie nudy. W tym tygodniu niestety nie będzie recenzji – jestem zbyt zawalony szkołą, by pisać tak często jak na początku. Z pewnym zażenowaniem serwuję Wam dziś moje pierwsze opowiadanie napisane w gimnazjum na konkurs. I do tego pod profesjonalnym okiem pani Aurelii, szkolnej bibliotekarki. Pilnowała ona, aby gramatyka, interpunkcja, dialogi, akcja i milion innych rzeczy grały ze sobą. I muszę przyznać, że bez jej pomocy to opowiadanie wyglądałoby o wiele inaczej (czytaj: gorzej). Dajcie znać, czy moja (ekhm) twórczość Wam się podoba! Nie przedłużając, zapraszam do zapoznania się z Przybyszem!

 

Przybysz

,,I rzucieli się sobije do gardzieli, oba bitne narody: atakowani medeńczycy w wielkiej
i niezlicznej sile kilkudziesięci drużyn mieczowych, mocą kuszników ognistymi grotami strzelającymi, przełamujący zastępy wroga dwuostrzowymi toporami. Agresorzy zaś liczyli sobije: gdzieś koło stu tysięcy kopijników, mieczarzy i łucznikejów, kilka batalionów lancknechtów, liczne chorągwije pozaziemskie z lśniącymi mieczami obnażonymi, lucyferowymi machinami oblężniczymi i okrutnymi narzędziami z drewna strzelającymi niezwyczajnymi dwułbowymi grotami, dosławnie wyciągającymi wnętrzności trafjonego na piach. A agresorzy odziani byli w tuniki szkarłatne i zbroje płytowe łacne. Już sam ich widok straszliwy był, przywadził bowiem na pomyślunek obraz pożogi pochłaniającej wszystko, co miała na zawadzie(…). Straszna to była batalia, lecz konieczna, bo w obronie ojczyzny. Jam widział tę bitwę, bo w szpitalu polowym pracujem w ten czas. Straszny nastał wtedy rwetes. Słuchać wtedy kwiku mordowanych koni, brzęczącego żelastwa i jęku konających straszliwą męką było. Rannych znosić jęli po sekundce. A rany ich były dziwne i niepokojące, zadane jakby orężem piekielnym(…). Zaś w czarnej godzinie szwagry marszałek polny miasta Medo, przywódcą frakcyi militarnej będąc jednocześnie, zawezwał możnych magów do pomocy mu w obronie miasta. I wykoncypowali oni razem ostateczny plan (…).

,,Bitwa pod Medo przez świadka opisana’’ Starszy Halgeford Briann.  

Pismo wprowadzone przez Najwyższego Kapłana w obieg edukacji obywateli miasta Medo. 

*

Fredegar de Rochelle gwałtownie poderwał głowę. Jeden z kapłanów, którego imienia nie znał i nie chciał znać, wręczył mu świstek papieru z wyraźnymi instrukcjami dotyczącymi najnowszego przedstawienia, które miał przygotować.

– I zapamiętaj to sobie na cały okjes tjwania pjób: jeden przejaw nieposłuszeństwa
z twojej stjony, jedna plotka kjążąca wśjód tłumu i zawiśniesz. Lecz nie umrzysz tak łatwo. Przed planowaną egzekucją połamiemy ci wszystkie kosteczki i jozszajpiemy skóję jozgrzanymi hakami! To pjedstwienie ma ich przestjaszyć. Niech im nawet przez głowę nie przejdzie, aby myśleć o jewolucji. Te pjedstawienia są tjadycją w Medo i nie zaprzepaścisz jej przez swe głupie błędy godzące w naszą jeputację! To MY jądzimy tym miastem! – seplenił groźnie kapłan.

Fredegar bardzo starał się nie parsknąć śmiechem, mimo czającego się przed nim niebezpieczeństwa w postaci grubego kapłana, który gwałtownie wymachiwał rękami obwieszonymi czarodziejskimi amuletami, a do skórzanego pasa miał przyczepione dwa lśniące sztylety.

– A tejaz odejdź! Nie chcę widzieć twojego ściejwa w moim gabinecie, aż do pjemiejy przedstawienia! – opasły mag obślinił się z oburzenia.

Fredegar odszedł od kapłana zajętego ścieraniem plwocin z biurka. Wychodząc, zatrzasnął za sobą drzwi. Wyszedł na ulicę i zamyślił się głęboko. Medo to wspaniałe miasto. Zostało założone w zamierzchłych czasach. Początkowo bardzo szybko się rozwijało. Ściągali do niego masowo rolnicy z dzikich krain chcący zaznać spokoju i szczęścia. Ulice były wyłożone czystym marmurem. Witryny sklepów, zakładów pracy i rzemieślników stały gęsto na rynku. Budowano nowe budynki lśniące stalą, marmurem i złotem. Rezydencje kapłanów i żołnierzy – dwóch frakcji w tamtych czasach rządzących miastem – były najwspanialsze, najbogatsze i największe. Miasto rozkwitało.

Lecz inne istoty, spoza tego świata, dostrzegły dobrobyt Medo, a przynajmniej tak podawali kapłani, liczni kronikarze oraz uczeni. Jednak czy była to prawda? Taki był główny powód okrutnej wojny, którą wypowiedziały Medo inne państwa. Prawie przegrali te wojnę. Ginęli ich ostatni żołnierze, niszczone były ich ostatnie barykady, jedyne bastiony umierającego miasta trawionego pożarami i niszczonego na wymyślny sposób przez mściwych obcokrajowców chcących przejąć opływające w mleko i miód miasto. Nie odważyliby się zaatakować bez pomocy istot z innych planet, które pomogły im zbudować piekielne maszyny, ukuć epickie zbroje i uzbroić w ciężki, płonący nieziemskim światłem oręż.

Lecz kto ich uratował? Kto? Frakcja żołnierzy siekanych przez wrogów na barykadach, umierających za wolność na ostrzach wrogów? Nie. Uratowali ich kapłani, pożądający władzy czarodzieje. Co jednak zrobili dla ich ocalenia, pro publico bono? Magicznym sposobem zbudowali potężny mur wokół miasta, całkowicie odgradzając go od świata zewnętrznego. Od wrogów i przyjaciół, jeśli kiedykolwiek jacyś byli. Z wdzięczności oddali im władzę, bo frakcja militarna praktycznie nie istniała. Niedobitki zniknęły
w tajemniczy sposób albo przydarzyły im się liczne ,,wypadki”. Zawsze śmiertelne. Nie przeżył ani jeden żołnierz.

Od pięćdziesięciu lat byli pod okupacją. Lecz nie w sensie dosłownym. Była to specyficzna okupacja mamiąca uwięzione w niej osoby wirem propagandy, fałszywymi wypowiedziami polityków i wydarzeniami kulturalnymi, które były jedyną rozrywką
w mieście otoczonym murem.

Fredegar zawstydził się. Był częścią tego świata, tej propagandy. Tworzył przedstawienia mamiące publiczność wojną z kosmitami. Z kosmitami, w których sam nie wierzył! W taki sposób kamuflował swoją przeszłość. Publiczka musiała myśleć, że za murem czekają na nich pozaziemskie istoty gotowe zabić, a potem okraść. Zamierzał się zbuntować, sprzeciwić władzy. Doskonale wiedział jak. Przyszło mu to na myśl podczas rozmowy z krępym kapłanem. Zrobi to bez wahania. Uderzy szybko i celnie, pokona wroga jego własną bronią.

Fredegar prędko szedł ulicą. Stanąwszy przed niepozornym budynkiem, rozejrzał się wokół, jednak w gęstej, otaczającej go ciemności nie mógł zobaczyć czegokolwiek. Wszystkie zmysły wyostrzyły się. Był człowiekiem z cienia. Nie musiał posługiwać się wzrokiem, by widzieć. Wiedzą i wyczuciem rozpoznawał otoczenie i tym razem nie zauważył niebezpieczeństwa. Uliczka była pusta i cicha. Węchem wyczuwał zapachy otoczenia: smród rynsztoku, gorzkie nocne powietrze. Jego uszy słyszały pustkę.

Powoli poruszył kołatką, wystukując uzgodniony rytm. Wyciągnął mały, motylkowy sztylet, lśniący stalą, bolesną przeszłością i nienawiścią. Po chwili usłyszał świst wystrzelonego przez mechanizm bełta. Obrócił się w zwinnym półpiruecie i lekko opadł na ziemię. Pocisk przeleciał ponad nim, nie robiąc mu krzywdy. Nagle ktoś gwałtownie otworzył drzwi.

– Czekaliśmy na ciebie, wchodź – szepnął niski, nerwowy człowieczek, błyskając srebrnymi zębami.

Pomieszczenie było przestronne i jasne. Z sufitu słabo mrugały świeczki osadzone na małym żyrandolu. Wszędzie tłoczyli się ludzie po zęby uzbrojeni i gotowi na wszystko. Na środku izby stał zawalony papierzyskami i planami pomieszczeń duży, dębowy stół. Fredegar zbliżył się do przywódcy ruchu oporu. Ustalili wiele rzeczy. Opracowali genialny plan, na podstawie którego cały lud Medo miał się zbuntować. Ale wszystko było tylko na papierze. Teraz należało wykonać to z niezwykłą starannością.

*

Fredegar powoli wyszedł ze swojego domostwa. W drodze na kolejną tajną próbę przyglądał się miastu. Na rynku stali sprzedawcy, oferując przechodniom rozmaite produkty, od mleka i miodu, przez warzywa i owoce, skończywszy na narkotykach i alkoholu. Niezniszczalny mur błyszczał ślicznie w promieniach wschodzącego słońca. Sielankową atmosferę skutecznie jednak psuły liczne patrole kapłanów. Przewijali się to tu, to tam
i grozili mieszkańcom błyszczącymi, ogromnymi mieczami oraz małymi ognikami w rękach. W każdej chwili mogły one zmienić się w kule ognia, pociski bardziej mordercze niż dwugłowe bełty wyciągające flaki trafionego osobnika na zewnątrz i robiące z narządów wewnętrznych nieszczęśnika gulasz. Specjalność obcokrajowców chcących przejąć Medo dla własnych zysków.

Wtapiając się w tłum, Fredegar prędko podążył ku miejscu, w którym odbywały się próby do przedstawienia.

Mieszkanie stanowiło pewnego rodzaju kryjówkę ruchu oporu. Znajdowało się
w małej, cichej uliczce ukrytej z dala od miejskiego gwaru i wścibskich oczu magów. Zostało wybudowane w czasach, gdy nikomu nie przychodziło na myśl, że kilka skupisk chat stojących na uboczu wielkich metropolii przerodzi się w potężne i tętniące życiem miasto. Już wtedy można było tam poczuć ledwie wyczuwalną woń intryg i przewrotów. W uszach brzęczały ciche szepty, głosy ludzi snujących zawiłe i przebiegłe plany. Granitowe mury owego domostwa widziały więcej, niż mógłby się domyśleć zwyczajny przechodzień. Gotycko osadzone okna patrzyły na całe miasto z powagą równą stuletniemu starcowi, który przeżył wiele w swym życiu. Ukryte w cieniu wielkiego, chropowatego muru mieszkanie stanowiło kryjówkę godną pozazdroszczenia wśród meddońskiego półświatka.

Fredegar obejrzał się za siebie, przed siebie, dookoła. Musiał bardzo uważać, ponieważ niemal w każdym zaułku mieściny mogli ukrywać się szpiedzy władców oraz podłe sprzedawczyki zdolne do przehandlowania cennych informacji władzom w zamian za złagodzenie wyroku, pieniądze lub po prostu, by zyskać przychylność kapłanów.

Wsłuchiwał się w codzienne życie mieszkańców. Poczekał, aż kolejny patrol kapłanów przejdzie ulicą. Po chwili wahania otworzył drzwi i ukrył się przed wzrokiem mieszczan, a co najważniejsze patroli wypatrujących wszelkich oznak nieposłuszeństwa. Prowadzili później takiego nieszczęśnika do różnych, nieciekawych miejsc: aresztu, więzienia, na szafot, a w ostateczności na szubienicę straszącą konopnym sznurem, luźno zwisającym na drewnianej, solidnej konstrukcji.

Lecz niech mi wolno będzie się zapytać,

Jaka mi kara zagraża najcięższa,

Jeśli odepchnę twą rękę

– zapytała Hermia grana przez niską dziewczyną z donośnym głosem.

Śmierć cię czeka lub musisz

Na zawsze zrzec się słodkiego

Ludzi towarzystwa 

– odpowiedział wysoki Tezeusz w koronie z liści laurowych.

Próba trwała już od dobrych kilku godzin. Fredegar był zachwycony wysokim poziomem aktorstwa reprezentowanym przez sprzedawców artykułów żelaznych, paserów mebli, a nawet dilerów narkotyków.

– Panowie i panie, musimy kończyć! Zbliża się godzina policyjna i niebezpiecznie byłoby przebywać na ulicach miasta. Za kilka dni odbędzie się próba całościowa. Do zobaczenia – rzekł Fredegar i szybko wyszedł z domu w rozgwieżdżoną, jasną noc.

Wtem usłyszał wyraźnie odgłosy ciągnięcia czegoś lub kogoś. Prędko ukrył się za beczką ze śledziami. Zrobił to w samą porę, gdyż dwaj nadchodzący kapłani nie zauważyli go. Widok był niezwykły. Dwóch strażników ciągnęło nieprzytomnego i ciężko pobitego człowieka.

– Szybko! Musimy go zawlec do lochów, zanim ktoś się spostrzeże! – szepnął strażnik do kolegi.

Zaintrygowany Fredegar skradał się za nimi. Podbiegł do zakratowanego okna
i obserwował kapłanów wtrącających nieznajomego za kratki. Zaczekał, aż wyjdą z lochów, pewni, że nikt nie odważy się zbliżyć do tego ponurego miejsca.

Wśród mieszkańców Medo krążyły liczne legendy. Jedna z nich głosiła, że osobnik raz wtrącony do czeluści lochów miejskich nigdy już nie ujrzy światła słonecznego. Opowiastka ta, przekazywana z ojca na syna, miała w sobie ziarenko prawdy. Lochy zostały tak umiejscowione, by nie padało na nie światło dzienne, a więźniom prowadzonym na szubienicę w geście litości zawiązywano oczy.

Strażnicy siedzieli na górze zajęci grą w karty i ekscytującą rozmową. Nie przyszłoby im nawet do głowy, że ktoś mógłby spróbować włamać się do lochu. Fredegar dziwił się, że są tak lekkomyślni. Sięgnął do kieszeni swego obszernego płaszcza i wyjął wytrych. Przez chwilę majstrował przy zardzewiałym zamku i po chwili miał przed sobą otwarte drzwi.

Lochy były zimnym i ponurym miejscem. Zostały umieszczone tuż przy magicznym murze. Wewnątrz można było zobaczyć rząd wąskich cel ciągnących się w nieskończoność. W powietrzu czuć było odór strachu, moczu i wymiocin.

Fredegar zaczął się skradać w kierunku celi tajemniczego przybysza. Nie chciał, by inni więźniowie go usłyszeli i podnieśli niepotrzebny rwetes. Gdy dotarł na miejsce, pogrzebał w zamku spinką do włosów. Otworzył drzwi i powoli wsunął się w gęstą ciemność otaczającą majaczącą we śnie postać. Jedną dłoń położył na ustach nieznajomego, drugą ręką gwałtownie nim szarpnął. Przybysz poruszył się. Jego niewyraźne mruczenie zostało stłumione przez Fredegara.

– Cicho bądź! Odpowiesz mi na kilka pytań – szepnął Fredegar. – Kim jesteś? Skąd przybywasz? Dlaczego zostałeś pobity? Co cię łączy z ludźmi, którzy cię tu wtrącili?

– Dlaczego mam ci ufać? – niewyraźnie zawarczał przybysz.

– Bo jestem twoją jedyną nadzieją na wolność – skłamał Fredegar.

– Nie wiem, dlaczego mnie pobili. Znalazłem się po tej stronie muru i po prostu się na nich natknąłem. Moje miano brzmi: Dorian van Roch Mactealanatan. Pochodzę z zamożnego rodu kupieckiego.

Fredegar zamyślił się. Jeśli ten człowiek mówił prawdę, to były powody do niepokoju. Co, jeśli ktoś rozpozna w nim sługusa kapłanów? Nie, nie mógł myśleć o sobie. Najważniejsze było dobro mieszkańców. Postanowił jednak zaufać przybyszowi. Opowiedział mu o historii Medo, o swoim przedstawieniu i o oporze przeciw władzy. Postanowił dołączyć Doriana do swoich planów. Gdy przybysz zgodził się na wszystko, Fredegar wyszedł z lochów, cicho zamykając za sobą drzwi.

*

W małej izbie ukrytej w zaułku potężnego miasta próby trwały bez chwili wytchnienia. Fredegar wytarł pot z czoła. Był bardzo zmęczony. Odkrywał w sobie kolejne uczucia: strach, bo zawsze coś może pójść nie tak, nerwowe wyczekiwanie, gdyż premiera odbędzie się już za kilka dni. Jednak był zdecydowany, nie może się wycofać, musi dociągnąć plan do końca, dążąc choćby po trupach.

Dzięki, księżycu, za twe słoneczne promienie,

Dzięki, księżycu, za twe jaskrawe spojrzenie,

Bo widzę, że przy twego światła srebrnych strugach,

Zobaczę moją Tyzbę na zielonych smugach

– zawołał Piram.

– Dość już na dzisiaj – wstał z krzesła Fredegar. – Gratuluję wszystkim. Doskonale się spisaliście. W jutrzejszy ranek obędzie się premiera naszego spektaklu. Dzisiaj jesteśmy uwięzieni w łańcuchach kapłanów, jutro zjemy wieczerzę w ich pałacu!

Fredegar pospiesznie wymknął się z budynku. Unikał wzroku przywódcy ruchu oporu, który nigdy by pewnie nie pomyślał, że do rewolucji będzie się przygotowywać, ćwicząc rolę Tezeusza, króla Aten. Szybko przemknął po ulicach Medo, zmierzając do swojego domostwa leżącego na obrzeżach miasta.

Otworzył drzwi i z westchnieniem ulgi wszedł do środka. Mieszkanie było urządzone bardzo skromnie, lecz funkcjonalne. Składało się z izby, małej kuchni, łazienki oraz ukrytej przed wzrokiem przechodniów, a przede wszystkim kapłanów obserwujących i kontrolujących wszystko, co robili Medeńczycy, piwnicy. Fredegar nie zaglądał do niej już od dłuższego czasu, a mianowicie od pięćdziesięciu lat, kiedy to ostatni raz skorzystał z jej zawartości. Gdyby jednak patrol magów znienacka i bez powodu wpadł do mieszkanka, nie znalazłby nic, co mogłoby świadczyć o przygotowywaniu do rewolucji. Nie był tak głupi, by zostawiać na wierzchu dowody swego nieposłuszeństwa wobec panującego władcy. Scenariusz przedstawienia trzymał ukryty w schowku w piwnicy. Był dumny ze sztuki, którą napisał. Opowiadała ona historię nieodwzajemnionej miłości Tezeusza, króla Aten, do Hermii. Dziewczyna wie, że nie może tak po prostu odmówić władcy, dlatego postanawia uciec z kraju i żyć z dala od najbliższych. Fredegar postanowił skupić się wyłącznie na wątku Tezeusza i Hermii, inne odsuwając na dalszy plan.

Gdyby wspomniany patrol kapłanów zajrzał teraz do kuchni, poczułby cudowny zapach jedzenia. W całym domostwie panował porządek. Tylko tu Fredegar czuł się w miarę bezpiecznie. Powoli podszedł do swojego łóżka. Schował sztylet pod poduszkę, starannie zaryglował okiennice oraz zamknął drzwi na zasuwę. Z westchnieniem ulgi położył się, wyczekując kolejnego dnia, który miał przynieść wolność i sen spokojny jak nigdy dotąd. Zasnął targany niejasnymi przeczuciami i niepokojem.

*

Fredegar obudził się z gwałtownego snu. Promienie wschodzącego słońca delikatnie gładziły jego pooraną zmarszczkami twarz. Ciepło poranka powoli rozchodziło się po jego umięśnionym ciele. Rano wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Senne koszmary, strzępki bolesnych wspomnień nie czaiły się już za progiem, urywane rozmowy patrolujących miasto magów nie niepokoiły już tak bardzo. Fredegar powoli się ubrał, wykonał poranne czynności. A potem zrobił coś, czego nie robił od dawna. Ukrytym pod ubraniem kluczem otworzył piwnicę. Wkroczył do niej powoli, smakując chłodne, wionące wspomnieniami powietrze. Z ponurym uśmiechem oglądał zawartość otwartej przed chwilą piwniczki. Kilka sztyletów, lekka, skórzana, nie krępująca ruchów zbroja skrojona na miarę przez starego, nieżyjącego już mistrza cechu płatnerskiego, kolekcja noży do rzucania oraz długi płaszcz służący Fredegarowi jeszcze w czasie wojny do skradania się i stapiania z otoczeniem. Przyodział zbroję, przypasał broń i zarzucił na siebie kameleonujący płaszcz. Od tej chwili był niewidzialny. Szybko wyszedł z domu i prędko podążył ku więzieniu.

Na miejsce dotarł w kilka minut, gdyż nikt nie był w stanie go zobaczyć. To cudowne uczucie móc przemykać się po ulicach miasta i czuć choć odrobinę wolności. Nawet kapłani go nie widzieli. Dopiero gdyby rzucili serię zaklęć wiedzy piątego kręgu, mogliby zobaczyć niewyraźny cień, ale nie jego samego, tylko iluzję biegnącą kilkadziesiąt metrów za nim.

Fredegar otworzył wytrychem zamek, tak jak to uczynił kilka dni wcześniej i wszedł do środka. Nigdzie nie widział strażników. Pomyślał, że pewnie poszli na premierę jego sztuki i ucieszył się w duchu z tego faktu. Na szczęście Dorian wciąż był w swojej celi. Najwidoczniej władze jeszcze nie zadecydowały, co z nim zrobić. Fredegar szybko oswobodził go z więzów. Łańcuchy zabrzęczały smutno, uwalniając więźnia. Następnie wyciągnął zza pazuchy wesołą maskę teatralną, bynajmniej nieadekwatną do nastroju jej nowego właściciela, tajemniczego przybysza.

– Dzięki temu magowie rozpoznają w tobie któregoś z aktorów mojej trupy, a nie wyjętego spod prawa człowieka – uśmiechnął się niepewnie Fredegar.

Dorian coś mruknął, najwyraźniej trochę przestraszony.

– Chodźmy już z tego obrzydliwego miejsca. Zaraz skończy się próba generalna.

Ucieszony tą perspektywą przybysz wyszedł na podwórze, zakładając maskę teatralną. Nim dotarli na główny plac, na którym miało odbywać się przedstawienie, zostali porwani przez tłum podniecony zbliżającym się przedstawieniem. W końcu udało im się oswobodzić. Aktorzy właśnie kończyli ostatnią próbę przed spektaklem. Gdy podeszli do sceny, przywódca ruchu oporu zaciągnął ich za kulisy.

– Dobrze, że się nie spóźniliście – wyszeptał. – Więc to jest ten tajemniczy przybysz? Miło cię poznać.

– Zaraz zaczynamy. Przygotować się – odrzekł Fredegar z nerwowym uśmiechem.

*

Spektakl trwał. Ludzie z coraz większą uwagą oglądali perypetie nieszczęśliwych kochanków. Za kulisami czaili się żołnierze. Członkowie ruchu oporu znakomicie odegrali swoje role, czuli dumę z dobrze wykonanego zadania, jednak gdy schodzili ze sceny, na ich twarzach wyryty był strach i niepokój ot, co przyniesie kolejny dzień.

Widownia była coraz bardziej poruszona i zdziwiona repertuarem. Sztuka Fredegara nawiązywała do wolności i walki o nią, tymczasem comiesięczny repertuar składał się najczęściej z przedstawień sławiących kapłanów oraz ich udział w bitwie o miasto. Publiczka zaczęła się zastanawiać. Powoli podburzała się przeciw kapłanom, jednak szybko cichła, gdy padał na nią blask kul ognia lub lśnienie sztyletów magów. Fredegar pomyślał, że coś jest nie tak. Wiedział, że musi w odpowiednim momencie wprowadzić Doriana, inaczej cały uknuty misternie plan pójdzie na marne. Fragmenty zdarzeń przemykały mu przed oczyma: próby do przedstawienia, które miało podburzyć Medeńczyków do buntu, cudowny dar od losu, jakim był Dorian, włamanie się do więzienia za pomocą kameleonującego płaszcza, przedstawienie mówiące o wolności jednostki. Wszystko to powoli układało się w jedną całość.

Niech zginę, jeśli mi nie żal tego poczciwca!

– wykrzyknęła Hippolita.

Fredegar dosłyszał zza kulis niewyraźny szczęk. Po chwili podbiegł do niego wysłannik kapłanów z rozkazem, by natychmiast przerwał sztukę. Jednak on już dawno podjął decyzję. Wyciągnął swój mały, motylkowy sztylet i ruchem niemal niezauważalnym cisnął, celując między oczy posłannika. Trafił idealnie, jak za starych czasów. Sztylet zagłębił się w ciele i przeszył mózg. Ofiara padła. Z obrzydzeniem wytarł broń o szaty, w które był ubrany wysłannik.

Że spod języka wężów

Wyjdę zdrowy,

Niedługo utwór przyniesiem wam nowy,

Albo na zawsze Puk kłamcą zostanie.

Teraz dobranoc! Panowie i Panie.

Jeżeli łaska, dajcie nam oklaski:

Robin wam z lichwą

Spłaci wasze długi,

Aby, oswobodziwszy się,

Zażyć, jak Hermia, wolności miarkę.

I wszystko będzie jak należy,

Trzeba w to tylko mocno uwierzyć

– dodała zza sceny Wieszczka.

Aktorzy w pośpiechu zeszli ze sceny. Byli podnieceni udanym występem, niepokoili się jednak, czy wszystko pójdzie jak należy i czy w końcu wyzwolą miasto. Przepełniał ich duch walki, który nakazywał zachowywać spokój i realizować plan krok po kroku. Tłum powoli buntował się, wykrzykiwał obelgi w kierunku kapłanów. Nadal jednak był to tylko przestraszony lud, który pod ciężarem kilku kul ognia ugnie się znów przed kapłanami i który nie zbuntuje się przeciwko władzy, jeśli ktoś ich nie poprowadzi i nie natchnie duchem walki.

– Kuć żelazo, póki gorące! Dorianie, wyjdź na scenę! – wykrzyknął Fredegar. Miał tylko nadzieję, że przybysz spoza muru dobrze się spisze. Inaczej wszystko przepadnie.

Tymczasem w kierunku kulis zbliżał się pluton egzekucyjny magów. Jego członkowie mieli złą sławę. Rekrutowani spośród najgorszych szumowin i sprzedawczyków, jakich miało Medo, wyposażani w sprzęt do tortur oraz drogie, ciężkie, platynowe zbroje, uzbrojeni po zęby sprawiali okrutne wrażenie. Znano ich z wyrafinowanych metod zadawania śmierci: od wieszenia po rozszarpywanie ciała rozgrzanymi do czerwoności szczypcami.

Fredegar uspokoił żołnierzy. Ze zdziwieniem poczuł krople potu spływające po jego czole. Ludzie z ruchu oporu gotowali się na bój. Pluton zbliżył się do Fredegara i bez zbędnych ceregieli próbował założyć mu słynny konopny sznur na szyję. Jednak zanim sznur choćby dotknął jego głowy, wyciągnął sztylet ukryty w rękawie i rozchlastał nim szyje wszystkich członków legendarnego plutonu egzekucyjnego.

Członkowie ruchu oporu, przed chwilą aktorzy, teraz bojownicy o wolność otoczyli kulisy, aby nikt nie przeszkadzał Dorianowi, który właśnie wychodził na scenę i zaczynał wygłaszać swoją mowę.

– Zostaliście zniewoleni! Rozumiem was, mieszkańcy tego wspaniałego miasta. Baliście się, że wróg rozszarpie was lub spali wasze dobytki. Gdy frakcja militarna ginęła
w waszej obronie, wy postanowiliście zaufać magom. Nie dziwię się wam. Baliście się.
Z wdzięczności za odcięcie od świata, oddaliście im całkowitą władzę. Nie wiedzieliście, co to znaczy, teraz jednak to rozumiecie. Patrzycie na mnie i mnie nie rozpoznajecie. Dlaczego? Bo nie jestem stąd. Przybyłem z mojej ojczyzny Sperare. Dostrzegłem, jak wasi kapłani handlowali z rzemieślnikami przez dziurę w tym pozornie niezniszczalnym murze. Zdziwiłem się, gdy usłyszałem o obcych z innych planet. Cóż to za bujdy! Nie mogę uwierzyć, że daliście się omamić taką bajeczką. Na szczęście mogę was stąd wyprowadzić. Nie będziecie cierpieć pod krwawym jarzmem kapłanów. Musicie zrobić tylko jedno, zbuntować się, zniszczyć kapłanów i wprowadzić rządy ludu. Za mną stoją liczni członkowie ruchu oporu. Walczcie z nami albo dalej bądźcie krzywdzeni!

Kapłani pod wpływem słów przybysza dosłownie osłupieli ze zdziwienia i gniewu. Potem jednak się opamiętali. Ich przywódca wrzeszczał, że jeśli choć jeden mieszkaniec Medo zwróci się przeciwko nim, rozniesie go piorunem kulistym.

– Do boju! – wykrzyknął Dorian.

Na te słowa cały ruch oporu wszedł na scenę. Nie pomieścili się jednak ani na scenie, ani na widowni i wyszli na ulice miasta. W tym dniu buntownikiem był każdy zniewolony obywatel miasta Medo. To, co się potem stało, próbowano opisać w wielu kronikach, księgach i opowieściach. Fredegar wyraźnie pamiętał wielotysięczny tłum skandujący jego imię i ze śpiewem na ustach ginący na ostrzach wrogów.

Druga Bitwa o Medo trwała. Mieszkańcy miasta wściekle szarżowali na rzeszę kapłanów, którzy postanowili ukryć się w kwaterze głównej. Bronili się zawzięcie kulami ognia, piorunami kulistymi, sztyletami, mieczami i siarczystymi przekleństwami. Dorian walczył w samym środku bitwy, wznosząc wojenne okrzyki i siekąc wroga swoim wielkim, dwuręcznym mieczem zdobytym w zbrojowni kapłanów. Fredegar na uboczu obserwował całą sytuację. Wreszcie postanowił dokonać ostatecznego dzieła zniszczenia. Wspiął się na pobliski budynek, stamtąd na kolejny i już był na dachu Kwatery Głównej. Zręcznie wskoczył do środka, gdzie dokonał ostatecznej zemsty. Wybił wroga stalowymi sztyletami, siekąc wrzeszczących ze strachu kapłanów. Był niczym wiatr kąsający i nieuchwytny, gwałtownie walczący o wolność. Był aniołem śmierci, niosącym zagładę kapłanom.

Przelano wiele krwi. W tamtym dniu nie było żadnej litości, zostali wybici wszyscy magowie, jak kiedyś został wybity ostatni żołnierz. Historia zatoczyła koło. I tak zakończyła się Druga Bitwa o Medo. Nastały rządy ludu.

Zburzono mur i zawarto przymierze handlowe z krajami, które niegdyś pożądały bogactwa Medo. W licznych kronikach opisujących to wydarzenie czytelnik znajdzie historię Fredegara de Rochelle, reżysera sztuki, który podburzył lud do buntu. Kilkaset lat później Medo było już tylko legendą opowiadaną dzieciom na dobranoc. Pamięć o mieście znikła. Ale pamięć o Fredegarze i tajemniczym przybyszu zza muru przetrwała na zawsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proudly powered by WordPress | Theme: Baskerville 2 by Anders Noren.

Up ↑

%d bloggers like this: