Alchemik

Źródło obrazka wyróżniającego: Link

Alchemik to drugie opowiadanie napisane przeze mnie w ramach konkursu literackiego organizowanego przez moje gimnazjum. Muszę przyznać, że jestem z niego o wiele bardziej zadowolony, niż z Przybysza. Chyba dlatego, że bardzo się nad nim namęczyłem. Nad samym pomysłem na opowiadanie myślałem kilka tygodni. Gdy je pisałem było mnóstwo korekt – o wiele więcej niż przy pierwszym. W tamtym okresie oglądałem sporo anime, więc uznałem za świetny pomysł zainspirowanie się jednym z nich – Fullmetal Alchemist: Brotherhood. Nie przedłużając, zapraszam do czytania!

 

Alchemik

W domu nad morzem rozległ się przepełniony gniewem okrzyk alchemika. Strącał w swojej pracowni wszystko, co nie trzymało się podłogi. Mężczyzna niczym pijak zatoczył się na pokaźny stos papierzysk rozrzuconych byle jak na podłodze. Podczas upadku uświadomił sobie, że niczego nie jadł już od kilku godzin. Jego podkrążone oczy błyskały zza zmęczonej twarzy, kiedyś tak młodej i pełnej życia, teraz zniszczonej trudami. Ciemne strąki włosów opadały na czoło. Usiadł ciężko wśród porozwalanych po pomieszczeniu alchemicznych receptur i gigantycznych kolb. Nieopodal leżało kilka rzeczy pozornie niezwiązanych z jego eksperymentami: kosmyk włosów, purpurowa substancja w fiolce oraz włókno mięśniowe. Westchnął ciężko i rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego uwagę zwrócił plik kartek leżący obok mapy kraju. Alchemik złapał się za głowę. Ślepy traf losu sprawił, że znalazł odpowiedź na dręczące go pytanie: Jak uniknąć Tego? 

Królestwo zostało stworzone wraz z przybyciem Aidana Wspaniałego, który wylądował wraz z kilkoma statkami w Zatoce Botanicznej, nazwanej tak na cześć wielu wspaniałych roślin występujących na jej obszarze. Kapitan ekspedycji wraz ze swymi ludźmi wyruszył w głąb lądu w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogliby się osiedlić. Na południu od zatoki leżały żyzne ziemie, do których postanowił wyruszyć Aidan. Niestety, w kraju panował bardzo niestabilny klimat, w związku z czym wielu ludzi postanowiło osiedlić się już tutaj. Nie chcieli iść dalej. W ten sposób powstał pierwszy szlak handlowy w Królestwie. Na wytrwałych w podróży czekała nagroda – rozległy teren otoczony górami, w którym król postanowił założyć stolicę. Geolodzy odkryli ogromne żyły złota i steotytu – nieznanego dotąd pierwiastka. Metal ów posłużył królowi do stworzenia artefaktu o niespotykanej wcześniej mocy. Aidan nigdy nie był chętny do mówienia, co się wtedy wydarzyło. Złośliwi rozpowiadali, że królowi trzęsły się ręce na samą wzmiankę o tym zdarzeniu. W ten sposób Aidan został pierwszym w historii alchemikiem. Stolica wciąż się rozrastała, a król wychodził ze swej pracowni tylko na nieliczne audiencje. Kilka lat później Aidan, nazywany już Wspaniałym, złożył propozycję założenia Komisji Nieustającego Niebezpieczeństwa. Jej zadaniem było rozwijanie alchemii po śmierci króla, a także szkolenie nowych alchemików. 

Wkrótce kolejni alchemicy wyruszali w świat w poszukiwaniu wiedzy, władzy i steotytu. Niestety, większość z nich nie potrafiła korzystać ze swoich umiejętności. Było to powodem wielu napięć na linii alchemicy – zwykli ludzie. Na skutek tych zdarzeń założono nowy wydział KNN – Inspektorat Niechcianych Zdarzeń. Oficjalnie łagodził on spory między alchemikami i innymi ludźmi. Tajemnicą poliszynela był jednak fakt istnienia siatki szpiegowskiej, która została stworzona przez starego już króla. Monitorowała ona cały kraj pod kątem nielegalnych eksperymentów alchemików. Po tragicznej śmierci króla kontrolę nad szpiegami przejął obiecujący inspektor – San Giuisionni. 

* 

– Dalej, dalej, szybciej! – wołał zniecierpliwiony alchemik. Zerknął na stojącego przed nim człowieka, który najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. – Nikt nie może tego zobaczyć. 

– Dobra, dobra, uspokój się! – odparł mężczyzna w ciemnym ubraniu, po czym wyszczerzył zęby w uśmiechu. Z zaparkowanego staroświeckiego automobilu wyciągnął owinięty papierem pakunek. 

– Dobrze wiesz, że najmniejsze podejrzenie może sprowadzić na mnie te sępy z Inspektoratu – alchemik mówił całkowicie poważnie. – Jest więcej niż prawdopodobne, że pewni ludzie – w tym momencie alchemik zacisnął pięści, jakby wspominał dawno utracone rzeczy – zrobiliby wszystko, łącznie z wymordowaniem całej okolicy, by tylko móc dostać ten pakunek w swoje ręce. Wiesz o tym dobrze, a jednak stoisz tu i śmiejesz mi się w twarz! 

– Lepiej wejdźmy do środka, zanim przyjdzie tu ktoś chętny zarżnąć cały region – odparł kurier. – Jeśli dalej będziemy tu sterczeć, to trzeba będzie czegoś więcej niż szczęścia, żebyś nie wylądował w Inspektoracie. – Kurier zamilkł, a zaraz potem obejrzał się szybko za siebie. – Co to był za odgłos? Słyszałem coś. 

– Nie przyjmuj zleceń od stolicy. Na tortury w Inspektoracie trafiają też czubki! – powiedział alchemik, po czym zaprowadził gościa do środka. 

* 

Dom nad brzegiem morza wyglądał na zamieszkały przez jednego człowieka, jednak był tam jeszcze ktoś, kto słysząc rozmowę alchemika z kurierem, prześlizgnął się przez pracownię, kuchnię i salon, docierając do tarasu usytuowanego po wschodniej części domu. Gdy obserwował rozmawiającego alchemika, zrodził się w nim niepokój spowodowany prawdopodobnie paczką, którą dostarczył kurier. Zauważył rozbiegany wzrok ojca. Czyżby w końcu mu się udało? Nie, to nie może być prawda. Wiedział, że to, co zrobił matce, najprawdopodobniej zdarzy się także jemu, tyle że tym razem zakończy się sukcesem. Miał niejasne przeczucie, że pakunek jest dla alchemika cenniejszy niż życie. Trzeba działać. Tylko jak? Na razie postanowił czekać na rozwój sytuacji. Ciarki przebiegły mu po plecach. W głowie widział już czerwoną twarz ojca kontrastującą z białym kitlem noszonym podczas przeprowadzania badań. 

– Jak śmiesz mi przeszkadzać, gówniarzu? – słyszał niemal jego rozwścieczony głos. 

Przemknęła mu pewna myśl: co, jeśli ojciec kiedyś wyrzuci go z domu albo użyje do swoich pokręconych eksperymentów? Jaką wartość stanowi dla niego żywy, zdrowy syn? Jest mu do czegoś potrzeby? Alchemik nie miał w zwyczaju trzymać w domu niepotrzebnych rzeczy. Kiedyś było lepiej, zanim mama zniknęła. Dlaczego To musiało zabrać miłość ojca, jego ciepły uśmiech skierowany ku żonie i synowi? Pojedyncza łza spłynęła po jego policzku. Aż do późnej nocy nie potrafił przestać płakać 

– Póki jestem potrzebny, stanowię jakąś wartość. Ale czy moje życie ograniczy się tylko do pomocy ojcu? Czy jako człowiek jestem dla niego równie ważny jak jego eksperymenty? Nie mogę tak tego zostawić. Muszę coś wymyślić. On w końcu to zrobi. To było jego marzenie. Jeśli stanę mu na drodze, w jaki sposób mnie usunie? Czy zajmuję choć trochę miejsca w jego sercu? Byłby w stanie zrezygnować ze swojego pragnienia po to, by mnie nie skrzywdzić? Czy znajdzie nowy cel, czy poradzi sobie bez tego jedynego marzenia, które utrzymywało go przy życiu przez cały czas? –  szeptał do siebie pogrążony w rozpaczy. 

* 

Budzik zerwał go z łóżka wcześnie rano. Uchylił okno, by poczuć rześki poranek. Szybko się przebrał. Wskoczył na parapet. Już dawno nauczył się nie patrzeć w dół z tej wysokości. Ostrożnie wspiął się wyżej. Tuż pod sobą zobaczył pracownię alchemiczną ojca. Od kiedy ostatnio ją widział, zmieniła się nie do poznania. Wszystkie zwoje i księgi zostały poukładane. Pomieszczenie było krystalicznie czyste. Na ziemi, wyrysowany kredą, widniał perfekcyjny, pełen symetrycznych kresek, rycin i kropek krąg alchemiczny. Tam, gdzie kreda nie dotknęła podłogi, nie miało prawa być pyłku ani kurzu. Miejsce było wyczyszczone środkiem dezynfekującym. Alchemik przeczytał mnóstwo zakazanych książek, pełnych malowniczo opisanych ludzi, którzy nie byli stworzeni do alchemii. Te, w których brakowało choćby jednej kreski, nie miały prawa istnieć. Rysunki były łącznikiem między alchemikiem i jego mocą, kuźnią dla tworzonego dzieła. Jeden nieprawidłowy element i już nie będzie można rozpocząć transmutacji, chyba że się pożąda śmierci w mękach. Krótko mówiąc, był to idealny krąg stworzenia. 

Alchemik trzymał tajemniczy pakunek, który przywiózł mu stary przyjaciel. Bił od niego mleczny blask. Po chwili umieścił kryształ steotytowy na środku kręgu. Stanął na granicy rysunku. Złączył kciuki i środkowe palce, pozostałe ugiął. Skierował ręce na epicentrum kręgu. Na jego twarzy malowało się zmęczenie, gdy chwilę później ze złączonych palców wyłoniły się granatowe promienie, które natychmiast wsiąkły w podłogę. Po chwili wyłoniły się z ziemi, tworząc ludzką sylwetkę. Potwierdziły się najgorsze obawy syna. Alchemik zaczął recytować. Wysokim głosem zaśpiewał tradycyjne zaklęcie wzmacniające proces dekonstrukcji. Moc ułożyła się znów w postać, tym razem jednak nie zniekształconą.  Na czole alchemika pojawiły się kropelki potu. Tworzenie niezwykle go wyczerpywało. Na krysztale pojawiły się małe ryski, niczym wczesna zapowiedź wielkiej katastrofy. Chwilę potem kryształ rozpadł się, a jego małe kawałeczki przywarły do sylwetki człowieka. Ciało alchemika zatrzęsło się w spazmach, gdy moc na kręgu usiłowała się z niego wydostać. Po chwili alchemik zmusił ją, by zgromadziła się w środku kręgu. Promienie weszły postaci do głowy i tak powstał umysł. Alchemik padł wyczerpany. Tuż obok niego leżał stworzony przez niego twór. Dziewczynka otworzyła oczy po raz pierwszy. Rejestrowała wszystko wokół siebie niczym robot, który nie zna ludzkich uczuć. 

* 

Nad domem rozległ się krzyk. Gdyby nieostrożny przechodzień zawędrował w tę okolicę, na pewno uciekłby na widok tajemniczych świateł i rozbłysków. Jedno oko dziewczynki było niebieskie, drugie zielone. Wzniosła ręce ku górze. Alchemik o mało nie dostał zawału, gdy ją zobaczył. W końcu mu się udało! Pomimo przeciwności losu zrobił to! Uginając się pod naporem uczuć, objął córeczkę, usiłując jednocześnie odszukać bijące dla niego serce. Nie znalazł go. Nie. To niemożliwe. Na pewno jest w innym miejscu, nie mogło się nie udać. Przecież wszystko starannie przygotował. Krąg był nienaganny, podobnie jak moc i wola. 

– Zabiorę cię stąd – rzekł alchemik na widok czołgającej się dziewczynki. – Daleko ci jeszcze do pełnej wytrzymałości. – Wziął dziewczynę na ręce i położył na stole chirurgicznym. Założył stetoskop i zaczął osłuchiwać. 

– Procesy życiowe w normie. Puls wyczuwalny, ale słaby. Wcale się nie dziwię. Dopiero cię stworzyłem. W porównaniu do zwykłego człowieka nie będziesz się mazać i ryczeć przez pierwsze miesiące. Będziesz sprawna za kilka godzin. Jednak w obliczenia mógł wkraść się błąd. Muszę mieć pewność, że jesteś zdolna do normalnego funkcjonowania. Wokół pełno szpiegów. Jeśli nie będziesz się zachowywać po ludzku, zwrócą na ciebie uwagę – mruczał alchemik. 

Na chusteczce narysował mały krąg. Odłożył ją na bok. 

– No to zobaczmy, co tam masz w środku – z wymalowanym na twarzy zaciekawieniem wziął z tacki skalpel i przyłożył go do delikatnej skóry podbrzusza. Już chciał zagłębić ostrze w jej ciele, kiedy się obudziła. Po jego minie wywnioskowała, co chce zrobić. Zaczęła się szarpać. Nie przejął się jej oporem. Sięgnął po chusteczkę. 

– Chyba nie chcesz, żebym tego użył. 

Wytrzeszczyła oczy i chwyciła go za nadgarstek. Trwali w tej dziwnej pozie przez chwilę. 

– Będę zmuszony to zrobić. Nie mogę sobie pozwolić na błąd – szepnął jej do ucha, po 

czym przycisnął materiał do twarzy, wykrzykując słowa w obcym języku. Zanurzył ostrze w 

jej ciało, przed chwilą pełne ciepła, teraz chłodne jak trup. Ciął tak, żeby nie uszkodzić organów wewnętrznych. Z dumą obserwował wnętrze stworzone przez siebie samego, jednak nie znalazł najważniejszego, nie znalazł bijącego dla niego serca. 

Ze złością rozejrzał się po pomieszczeniu i nagle spostrzegł coś, co mogło być tylko przywidzeniem. Zamiast tego uporczywie utrzymywało się w miejscu, drżąc z zimna. Krzyknął z niedowierzaniem. Znalazł rozwiązanie swojego problemu. 

* 

Syn leżał w miejscu niedawnej kaźni. Czekał na drugą, która miała odbyć się na nim.  Jego włosy ułożyły się w strąki oblepione krwią. Alchemik nie chciał mieć żadnych wątpliwości co do przytomności syna. Krew zdążyła spłynąć do lewego oka. Skleiła dolną powiekę ciemnoczerwonym strupem. Drżał. Nagi, zakrwawiony leżał na stole chirurgicznym niczym uosobienie nędzy i rozpaczy. Alchemik w pośpiechu szykował narzędzia i rysował kręgi w pracowni. Krzątał się wśród narzędzi i tacek. Po chwili chwycił jakąś książkę ze stosu ustawionego w pobliżu drzwi i zaczął gorączkowo ją kartkować. 

– Transmutacja… sztuczne… zakazane – mruczał do siebie, przewracając kolejno strony w poszukiwaniu tej jednej, właściwej. – Mam! – pospiesznie zaczął przeglądać kolejne rysunki przedstawiające serca: kurze, zajęcze, łabędzie i małpie, a na samym końcu ludzkie. Kiedy odczytał instrukcje z książki, zaczął skomplikowaną operację, która kosztowała go noc. Wreszcie nieostrożnym ruchem skalpela usunął z ręki pokaźny kawałek skóry. 

* 

Chłopiec obudził się z letargu. Zwykle miewał bardzo intensywne sny, teraz jednak doznał dziwnej pustki. Zdał sobie sprawę, że nie pamięta absolutnie nic z ostatniej nocy. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Pluszowy miś, którego przytulał, gdy jego rodzice się kłócili, leżał na podłodze. Nic teraz dla niego nie znaczył. Wszędzie widział oprawione w skórę księgi skrywające wiedzę, o jakiej nikt nie może nawet marzyć. Ukradł je kiedyś ojcu, zbyt zajętemu swoimi eksperymentami, by to zauważyć. Od tamtego czasu czuł narastający wstyd. Gdy jednak teraz szukał w sobie tych uczuć, nie znalazł ich. Usiłował przypomnieć sobie emocje, które były jak wielki płomień w jego sercu. Matka tuląca go do siebie, ojciec uczący podstaw alchemii, ukochany pies, który zginął w wypadku. Nic. Pustka. Chłopak złapał się za głowę. Nie czuł nawet rozpaczy z powodu utraconych uczuć. Musiał znaleźć jakąś wskazówkę, która powie mu, co tu robi. Zaczął obszukiwać wszystkie kieszenie, gdy nagle z jednej z nich, wypadła mała karteczka. Widniały na niej nabazgrane mikroskopijne słowa: 

            Drogi ja! 

            Jeśli to czytasz, ojcu się udało, a ja zawiodłem. Podejrzewam, niestety, co mógł mi zrobić. Jeśli nic nie czujesz, nawet ból Cię nie obchodzi, to jest bardzo źle. Musisz teraz nałożyć na siebie zaklęcie rozpoznania ciał obcych. Zabarykaduj się w pokoju i nikomu nie otwieraj. Narysuj krąg komunikacyjny na ręce. Połącz się z mężczyzną, którego rysunek znajdziesz na szafie. Jeśli nie odbierze, próbuj aż do skutku. Ojciec na pewno będzie usiłował wmówić Ci, że jest tak od zawsze, ale nie słuchaj go! Jeśli dostanie się do Ciebie, uciekaj do lasu przez klapę w podłodze. Czekaj tam. 

„Wszystko, co napisał w liście, sprawdziło się” – pomyślał chłopak, gdy usłyszał ojca dobijającego się do drzwi. Mężczyzna na szczęście odebrał połączenie. 

– Zawsze wiedziałem, że ten stary wariat ma coś z głową. Już do ciebie jadę, chłopcze. Zadzwonię tylko po kogoś. 

Ojciec już prawie zniszczył drzwi. I choć miotał w nie pociskami, nie ustąpiły. Musiały być wzmocnione jakimś zaklęciem. Syn otworzył klapę w podłodze. Wpadł do ciemnego tunelu z licznymi pochodniami tkwiącymi w uchwytach. Usłyszał ojca krzyczącego w przypływie szału. Chłopak pobiegł w głąb tunelu. Nie było czasu na zapalenie pochodni. Zapłacił za swój pośpiech licznymi otarciami i ranami na nogach. 

Z drzewa, na które się wspiął, widział kuriera i jakąś kobietę jadących w stronę domu. Miał wrażenie, że kogoś mu przypominała. Zajrzał jeszcze raz do listu, ale nadawca nic o niej nie wspominał. Zatrzymali się w pobliżu jego kryjówki. Wysiedli z auta i skierowali w stronę domu. 

– Hej, młody, jesteś tu? – zawołał kurier. Chłopak zeskoczył z drzewa i ruszył w jego stronę. 

– No dobra, mamy cię, więc spadamy. Zawiozę was w bezpieczne miejsce. Spokojne miasteczko i góry. Zero szalonych alchemików – powiedział kurier. 

– Może szykuje na nas zasadzkę? – rzekł chłopak z kamienną twarzą. 

– Och, jedźmy już stąd – jęknął kurier, strachliwie spoglądając w stronę domu. 

– Czekaj – kobieta spojrzała uważnie na chłopca – jest tam ktoś jeszcze, prawda? Ktoś… kogo nie powinno tam być? 

– Nie wiem – odpowiedział – ale mam przy sobie list do pana. 

Chłopak wyciągnął go z kieszeni i podał obcemu. Kurier zawahał się. 

– Eee… do mnie? Po co ktoś miałby do mnie pisać? Lepiej już jedźmy. 

– Och, otwórz to wreszcie! – Wyraz niecierpliwego oczekiwania pojawił się na jej twarzy. 

Mężczyzna otworzył list. Po chwili wyleciał z niego szary dym i owinął się wokół jego twarzy. 

– Cco to ma zzznaczyć? – kurier padł na ziemię. 

Kobieta przyłożyła palce do jego szyi. 

– Żyje, ale nie odzyska przytomności jeszcze przez długi czas. To był proszek stychijski, niesamowicie rzadki. Nie mam pojęcia, jak znalazł się w rękach nadawcy. 

– Powiesz mi wreszcie, co się stało z moim synem? – zapytała, akcentując ostatnie wyrazy. 

– Nic nie wiem. Obudziłem się kilka godzin temu. Miałem list w kieszeni. 

– Pokaż – kobieta czytała treść listu. – A więc to tak… 

– Jak? O co pani chodzi? – monotonny głos chłopca sprawił, że miała ochotę go uderzyć. 

– Pani? Dobre sobie. Jestem twoją matką, a ty tylko udajesz mojego syna! Gdzie on jest?! Co ten stary wariat z nim zrobił? Gadaj, bo nie ręczę za siebie! 

– Już nigdy go nie zobaczysz, wiedźmo. Jest w mojej władzy – powiedział alchemik, wynurzając się z lasu. Gdy była zajęta rozmową, roztoczył nad nią tajemnicze zaklęcie. Kobieta spojrzała w górę. 

– Bez kręgu? Jakim cudem? – krzyknęła zszokowana. 

– Od twojego odejścia zdążyłem poznać kilka… sztuczek – alchemik zacisnął palce na jej ramieniu. Zawyła z bólu. – Więc zachowuj się jak duża dziewczynka. A teraz pójdziesz ze mną. Zanieś to ścierwo do schowka – nakazał synowi. – Potem zrób ze sobą, co uważasz za słuszne. – Nagle twarz mężczyzny przybrała wyraz teatralnego zdziwienia. – Chwila, przecież ty nie możesz nawet myśleć za siebie. Po prostu dokonaj autodestrukcji. Ale nie tu – rzekł, gdy robot zaczął się trząść – Nie chcę, żeby moja droga żona dostała zawału. 

Kobieta nie miała wyboru. Chwilę później stała w pracowni. Pomimo rozpaczliwej sytuacji nie mogła powstrzymać się od wspominania tego miejsca. Przypomniała sobie, jak pewnego razu alchemik stworzył dla niej idealną różę: piękną i soczyście czerwoną, po prostu perfekcyjną. A w tamtym miejscu omal się nie przewróciła na stercie bibelotów; to on ją uratował. Z tym miejscem wiązało się też nieprzyjemne wspomnienie, które było powodem jej ucieczki z domu, opuszczenia syna. 

– Otrząśnij się! – zbeształa sama siebie. 

– Masz okazję podziwiać moje najnowsze dzieło – rzekł. – Swoją drogą, chciałbym ci podziękować za użyczenie części twojego serca dla stworzenia prototypu. Niestety, nie możesz już go oglądać. Rozpadł się kilka dni po twojej ucieczce. Za to nowy model… no, no, po małej operacji już nic mu nie brakuje. Czyż nie, córeczko? 

– Oczywiście, ojcze – odparła posłusznie dziewczynka. 

– Żono, rozejrzyj się, może kogoś jeszcze dostrzeżesz.
Kobieta krzyknęła. W rogu sali, z rozbebeszonymi wnętrznościami leżał jej syn. 

– Naprawdę myślałaś, że pozostawię go przy życiu po twojej ucieczce? Naprawdę łudziłaś się, że pozwolę mu kontynuować jego żałosną egzystencję po wyciągnięciu od niego wszystkiego, czego chcę? 

Kobieta zawyła po raz drugi. Chciała uwolnić się z więzów, lecz jej próby spełzły na niczym. 

– Zdaje się, że ten dom stał się wyjątkowo popularny. Kogo moje oczy widzą? Słynny inspektor Giuisionni z INZ. Muszę przyznać, że się pana nie spodziewałem. Czyżby mój przyjaciel – kurier zaznał słynnej gościnności stolicy? Po ilu minutach, a może godzinach zaczął gadać? 

– Jestem ciekaw, ile czasu pan by wytrzymał. Dla beznadziejnych przypadków mamy 

specjalne miejsca w Tor-Mor Qilish. Chciałbym pokazać oficjalny nakaz przeszukania i aresztowania od króla. Och, czyżby nie był pan zainteresowany jego treścią? Nie szkodzi. –
Z pogardą w głosie zaczął odczytywać treść nakazu. Zaraz jednak mu przerwano. 

– To nie będzie konieczne. Nigdzie nie pójdę. Nie macie żadnych dowodów. 

– Myślę, że zeznania moich agentów, którzy, nawiasem mówiąc, śledzą pańskie poczynania od pewnego… incydentu, wystarczą. Przynajmniej na razie, dopóki nie przeszukamy domu. Czyżbym widział opór przy aresztowaniu? Chłopcy, do środka. Z chęcią pokażemy, jak to się robi w stolicy! – zadowolony z siebie inspektor rozsiadł się na masce samochodu i z rosnącym uśmiechem zaczął obserwować, co się dzieje. 

Niestety, nie było na co patrzeć. Stłoczeni przy wejściu funkcjonariusze za nic nie mogli dostać się do środka. Walili pięściami i pałkami w drzwi. Coś je blokowało. 

– Myślisz, że alchemia powstrzyma moich specjalistów?!- odgrażał się inspektor. – Do roboty! – rozkazał małej grupce ludzi stojącej gdzieś z tyłu. 

– Niedoczekanie – alchemik wyciągnął księgę z płaszcza. Po chwili wyrecytował zaklęcie. 

,,Specjaliści” nie zdążyli uciec przed przepaścią, która została otwarta w ziemi. Ich krzyki rozbrzmiewały długo po zamknięciu śmiercionośnej pułapki. 

– Możesz próbować do woli. Ludzka siła i upór nie wystarczą do otworzenia tych… Hej, co ty wyprawiasz?! Miałaś być posłusz… – nie zdążył dokończyć zdania. Córka chwyciła go za gardło i z łatwością podniosła w górę. Była przecież bytem idealnym. – Mmmiałaśś… być… possłusznaaa! 

Alchemik dopiero teraz dostrzegł lukę w swoim planie. Syn leżał zabity w pracowni, ale jego serce wciąż pracowało. W ciele córki. Jego byt idealny, córeczka, o jakiej zawsze marzył, zrzuciła go z balkonu na oczach wszystkich. 

– Myślę, że w tej sytuacji nie będziecie już potrzebni – rzekł inspektor i władczym ruchem dłoni odesłał współpracowników.   

* 

W domu znaleziono wiele zakazanych ksiąg i substancji. Wkrótce syn został pochowany na Placu Zasłużonych w stolicy. Wielu alchemików próbowało odtworzyć doświadczenie ojca, jednak rezultaty były opłakane. Kilkanaście lat później emerytowany już San Giuisionni wciąż miał przed oczami matkę opłakującą szczątki syna w pracowni szalonego alchemika. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proudly powered by WordPress | Theme: Baskerville 2 by Anders Noren.

Up ↑

%d bloggers like this: