10 absurdalnych myśli (czyt. 2017 rok w pigułce)

Postanowiłem stanąć naprzeciw dziesiątkom blogów robiących podsumowania czytelnicze roku i zaprezentować Wam moje własne podsumowanie. Nie, nie będzie ono w pełni książkowe, ponieważ czytam zbyt chaotycznie i wiele na raz, by zgromadzić to wszystko w jednej notce. Mogę za to zaprezentować Wam 10 nie do końca logicznych i poprawnych myśli, które przychodzą mi do głowy na myśl o chylącym się ku końcowi 2017 roku. Zapomniałbym: nie traktujcie na serio tego wpisu. To się nie skończy dobrze. Zacznijmy więc niezwykłą podróż w otchłań mojego umysłu!

Rola pana Dulskiego nie jest najbardziej wymagającą rolą we Wszechświecie. No, ale przynajmniej można bez konsekwencji patrzeć z pogardą na ludzi.

Na koniec roku szkolnego miałem okazję brać udział w przedstawieniu teatralnym na podstawie Moralności pani Dulskiej odbywającym się w mojej szkole. Było to dla mnie niezwykle ważne przedsięwzięcie, bowiem nie występowałem w żadnej sztuce od czasów wczesnego gimnazjum, gdzie wrzeszczałem na ludzi w Śnie nocy letniej. Moralność opowiada o losach lwowskiej rodziny na początku XX wieku. Pierwsze skrzypce gra pani Dulska, zdemoralizowana i dwulicowa właścicielka kamienicy. Ja miałem zaszczyt grać jej męża – wiecznie milczącego i tłumiącego wewnętrzny bunt Felicjana Dulskiego. Rola była niemal całkowicie niema – pod koniec przedstawienia miałem do wypowiedzenia ikoniczne Niech was wszystkich diabli! Wielka zaletą tej roli stanowiło to, że była dosyć monotonna, ale zaskakiwała na koniec. Na pewno na zawsze zapamiętam gorączkowe tłumienie śmiechu przed wejściem na scenę i próby do spektaklu. No i patrzenie na publiczność z obojętnością i pogardą.

Pisanie na siłę, by zmieścić się w ustalonym przez siebie terminie nigdy nie jest dobrym pomysłem.

Niedługo po założeniu bloga popełniłem na własne życzenie duży błąd. Wpadłem w sieć ustalonych terminów i byle jakiego pisania, przez co jedna z recenzji wypadła okropnie. Chodzi konkretnie o tekst na temat Ostrych przedmiotów Gilian Flynn. Pisałem go późną nocą, ponieważ wcześniej nie miałem na to czasu (czyli po prostu mi się nie chciało). Chciałem zdążyć napisać go w środę, ponieważ ustaliłem sobie, że w ten właśnie dzień będą się ukazywać nowe teksty na blogu. W konsekwencji recenzja wypadała bardzo sztucznie i była dosyć rozciągnięta. Dlaczego więc jej nie usunąłem? Będzie dla mnie nauczką, że choć pisanie tekstów na czas jest satysfakcjonujące, nie należy tego robić na siłę. Planowanie czasu to bardzo przydatna umiejętność, jednak ja jej nie posiadam. Od tamtego czasu unikam pisania na siłę i lepiej planuję swój czas.

Los zawsze może się do ciebie uśmiechnąć, a norweska literatura to szczęście dla rodziny i przyjaciół.

Kilka miesięcy temu udało mi się wygrać w konkursie książkę. Zostałem wylosowany wśród dziesiątków zgłoszonych uczestników i wkrótce dostałem nagrodę. Była to książka obyczajowa, a ja z zasady nie czytałem wówczas takich pozycji. Potem jednak, wspominając To spostrzegłem, że Stephen King nie powinien być nazywany Mistrzem Horroru, a Mistrzem Obyczajowości. Wątki obyczajowe w jego książkach stoją na równi z grozą, a może nawet je przeważają! Nie odkryłem Ameryki, jednak dla mnie był to szok. Uważałem dotychczas książki obyczajowe za paskudnie nudne pozycje. Zauważyłem, że książki Kinga bardzo mi się podobają, co oznacza, że wątki obyczajowe jednak nie są dla mnie takie złe (o ile nie zdaję sobie sprawy, że są obyczajowe). Okazało się, że uniknąłem wielu dobrych pozycji przez moje uprzedzenia. Posypałem więc głowę popiołem i wziąłem się za Sagę rodziny Neshov. I wiecie co? Było warto!

Fantasy niejedną ma twarz. Szczególnie jeśli mowa o Malazańskiej Księdze Poległych.

Pierwsze dwa tomy gargantuicznej Malazańskiej Księgi Poległych przeczytałem dosyć dawno, i to w dodatku dwukrotnie (ale tylko pierwszą część). Aż cisną mi się na usta niezwykle charakterystyczne i wiele mówiące blurby Stephena Kinga – Po prostu cudowna lub Brak słów. Moje zachwyty nad Ogrodami Księżyca możecie przeczytać tutaj. Po lekturze pierwszego tomu wziąłem się za drugi i srogo się rozczarowałem. Zniknęli niemal wszyscy bohaterowie, do których się przyzwyczaiłem (Kruppe!) i dodano wielu nowych. Przeniesiono akcję w nowe miejsca i zwolniono ją. Zniknięcie lub zabicie bohaterów z pierwszej części i zmiana miejsca z miasta na pustynię wystarczyło, bym umierał z nudów i wzdychał za pierwszą częścią. Przetrwałem Bramy Domu Umarłych i wziąłem się za Wspomnienie lodu. W połowie trzeciego tomu utknąłem i nie ruszyłem się stamtąd aż do dzisiaj. Za bardzo przywiązuję się do bohaterów i nie mogę znieść ich straty – dlatego też skończyłem Pieśń Lodu i Ognia na drugim tomie. Pierwsza część MKP niesamowicie mnie wciągnęła, ale dalszymi się zanudziłem. Eh, panie Erikson, a mogło być tak pięknie!

Rozstanie z nimi było zbyt ciężkie.

Jeśli jesteś znaną pisarką i postanowisz do najnowszej książki z odgrzewanego kotleta uniwersum wrzucić najbardziej bzdurne pomysły z fanficów na jego podstawie, bądź pewna, że czytelnicy będą zawiedzeni.

Może nie wszyscy, ale duża część z nich na pewno. Po premierze Przeklętego Dziecka J.K.Rowling w potterowym fandomie krzyki rozpaczy mieszały się z radosnymi piskami, rwanie sobie włosów z głowy stawało w szranki z pełnymi ekstazy podskokami. Ja sam zapoznałem się z dziełem Rowling dopiero na początku 2017 roku, więc zdążyłem usłyszeć już sporo niepochlebnych opinii na jego temat. Przyznaję, że przed przeczytaniem książki należałem do drugiej grupy. Nowy Potter? Po tylu latach od publikacji Insygniów Śmierci? Czad! Stłumiwszy złe przeczucia, wziąłem się do czytania. No i klops. Niedorzeczność goniła niedorzeczność. Nie wyczułem nawet wspomnienia magicznego świata, który pokochałem dawno temu. Nowe postacie (z wyjątkiem Sporpiusa) sprawiały wrażenie napisanych na kolanie, a starych bohaterów potraktowano po łebkach. Fabuła i zwroty akcji były banalne i nudne. Nowa formuła nową formułą, jeśli tylko wszystko trzyma się kupy! Z rozczarowaniem i pewnym smutkiem odłożyłem Przeklęte Dziecko na półkę, choć miałem szczerą ochotę wyrzucić książkę za okno. Mam wrażenie, że wina leżała nie tylko po stronie pani Rowling. Przekucie przygód Pottera na scenariusz teatralny Tifanny’emu i Thornowi po prostu nie wyszło. Jeśli macie tendencje masochistyczne, możecie kupić to paździerzysko za niespełna 12 zł. Miłej zabawy.

Z drugiej strony, odgrzewanie kotleta wychodzi całkiem nieźle, jeśli niepostrzeżenie zamienisz go na dobrze przyprawionego sznycla.

Tak, to też obejrzałem dopiero w styczniu 2017 roku. Na otarcie łez po Przeklętym Dziecku obejrzałem film Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Przygody Newta Skamandera w Nowym Jorku oglądałem z niewymowną przyjemnością. Nie oczekiwałem tego, ale ku mojemu zaskoczeniu znów poczułem tę cudowną, nienamacalną magię potterowskiego świata, która towarzyszyła mi przez wiele lat. Nowi bohaterowie zostali nieźle zarysowani – szczególnie przypadł mi do gustu główny bohater – Newt, Kowalski (który był całkiem miłym polskim akcentem, choć z założenia miał być tylko elementem humorystycznym) oraz siostry Goldstein. Wątek romantyczny był uroczy jeszcze bardziej niż podopieczni Skamandera. Fabuła, choć niezbyt skomplikowana, wniosła do potterowskiego uniwersum powiew świeżego powietrza. Fandom odetchnął z ulgą. Ja także. Premiera kolejnej części Fantastycznych zwierząt już za rok!

Na zdjęciu obsada kolejnej części Fantastycznych zwierząt. Jude Law w roli Dumbledore’a to świetny castingowy wybór.

Wracanie do dawno obejrzanych seriali jest dobrym pomysłem. Pod warunkiem, że nie masz wyłącznie pozytywnych wspomnień z nimi związanych.

W ciągu ostatniego roku często wracałem do dawno obejrzanych produkcji. Najczęściej zaczynało się to od wspominania starych dobrych czasów i świetnych seriali, jakie wtedy poznałem. Kończyło się różnie – rozczarowaniem, bo dana produkcja nie była tak dobra, jak ją zapamiętałem, lepszym zrozumieniem świata przedstawionego w serialu, czy wyciągnięcie z niego zgoła innych wniosków niż kilka lat temu. W przypadku Holistycznej agencji detektywistycznej Dirka Gently’ego lepiej zrozumiałem historię i fabułę. Podobnie było z House of Cards – polubiłem bohaterów na tyle, że obejrzałem z rozpędu cały drugi sezon i zabrałem się za trzeci. Powyższe produkcje łączyła jedna cecha – nie wspominałem ich zbyt dobrze. Podczas próby powtarzania większości anime obejrzanych w gimnazjalnych czasach odbijałem się jak groch od ściany i nie mogłem przełknąć nawet odcinka – chlubnym wyjątkiem było Death Note. A przecież miałem tak dobre zdanie na ich temat! Nostalgia to obosieczna broń.

Odkrywanie ludzi, którzy lubią i potrafią lepiej od ciebie pisać o książkach, to wspaniałe uczucie.

Lepiej być najlepszym wśród najgorszych, czy najgorszym wśród najlepszych? Od początków mojego blogowania jestem zdecydowanie najgorszym wśród najlepszych, ale cieszę się z tego. Mam okazję do nauczenia się mnóstwa rzeczy dotyczących pisania recenzji i innych tekstów. Na początku upatrzyłem sobie kilka blogów, na których mógłbym się wzorować (ale nie kopiować!). To zabawne, że wiele z tych osób nie ma pojęcia o tym, że byli dla mnie przykładami tych dobrych blogerów. Uściski dla Matki Przełożonej, MocnoSubiektywnej i Zwierza!

Gdy przechodzisz grę setny raz dochodzisz do wniosku, że nie jest to zwykłe przywiązanie, a prawdziwa miłość!

2017 rok z pewnością mógłbym nazwać Rokiem Powtórek. Bardzo lubię ponownie poznawać dzieła kultury, z którymi miałem wcześniej wielokrotnie do czynienia. Za każdym razem, gdy czytam tę samą książkę, odkrywam coś nowego, czego nie zauważyłem poprzednim razem. Podobnie mam z grami komputerowymi. Tytuły, w które najczęściej w tym roku grałem, to Age of Empires II, Fallout: New Vegas i, co przyznaję z pewnym wstydem, Heroes of the Storm. Są to moje ukochane gry, które znam niemalże na pamięć, jednak nie przeszkadza mi to ponownie ich przechodzić. Mam do nich sentyment o tyle wielki, że poznałem je będąc nieświadomym świata dzieciaczkiem (nie żeby coś się zmieniło…). Każda z nich znaczy dla mnie wiele i w jakiś sposób wpłynęła na moje życie. Potrzebuję czasem odskoczni od czytania książek, a gry komputerowe są zupełnie innym medium i zapewniają inne doznania. Dobre RPG jest jak dobra książka.

Czytanie celnych ripost i trafnych spostrzeżeń oblanych sarkastycznym sosem jest zabawne nawet wtedy, gdy nie masz pojęcia o czym pisze autor.

Miałem niedawno okazję przeczytać czwartą część Świata według Clarksona – zbioru felietonów znanego brytyjskiego celebryty i prowadzącego program Top Gear Jeremy’ego Clarksona. Książka ma to do siebie, że aby w pełni ją zrozumieć, należy choć w najmniejszym stopniu orientować się w brytyjskiej polityce i gospodarce. Niepomny na ostrzeżenia czytelników zabrałem się do lektury. Okazało się, że aby dobrze bawić się przy czytaniu felietonów Clarksona nie trzeba być brytyjskim ministrem spraw zagranicznych. Większości rzeczy, których nie wiedziałem, mogłem domyślić się z kontekstu. Język, jakim posługuje się Clarkson był dosadny i ironiczny. Żarty, zabawne odniesienia i celne riposty spowodowały, że przy lekturze książki rechotałem nieprzyzwoicie, a wszelkie próby zduszenia śmiechu kończyły się jeszcze większym rechotem. Dawno tak się nie uśmiałem przy lekturze. Można świetnie bawić się przy czytaniu nie wiedząc, o co chodzi autorowi.

Szczęśliwego 2018 roku!

Obrazek wyróżniający pochodzi z serwisu Pixabay.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proudly powered by WordPress | Theme: Baskerville 2 by Anders Noren.

Up ↑

%d bloggers like this: