Jędrzej Burszta – Kontynent [Recenzja]

Powiedzmy to sobie na wstępie: Kontynent Jędrzeja Burszty nie jest zbyt dobrą książką. Z pięciu przedstawionych w niej opowieści high fantasy tylko dwie zasługują na uwagę (a raczej zaledwie przelotne spojrzenie). Widać w nich wyraźnie pasję autora do fantastyki; w końcu, jeśli wierzyć opisowi na okładce, jest on jej miłośnikiem i badaczem. Należałoby się więc zastanawiać, dlaczego spod pióra pasjonata gatunku wyszła tak niepoprawna na wielu poziomach książka. W dalszej części omówię to ze szczegółami. Zacznijmy jednak od początku.

Akcja wszystkich mikropowieści jest osadzona na Kontynencie, świecie fantasy, w skład którego wchodzą rozmaite tereny. Są tutaj zarówno zamieszkałe przez prymitywne ludy Mokradliska, miasta, jak i tajemnicze krainy, będące schronieniem rozmaitej maści czarnoksiężników i typów spod ciemnej gwiazdy. Wątki poszczególnych historii często łączą się ze sobą. Jest to szczególnie widoczne w opowieści Ostatni z Pierwszych, która jest swego rodzaju syntezą wszystkich wcześniejszych.

A skoro już o Pierwszych i Przedwiecznych mowa – rozległe opisy pełne niepotrzebnych określeń przywodzą na myśl twórczość H. P. Lovecrafta. Pełno tutaj przeróżnych Starożytnych i Wiecznych, a wtrącane co chwila powiedzenie Niezbadane są wyroki Przedwiecznych niezmiernie irytuje. I o ile u Samotnika z Providence natłok przymiotników tworzy atmosferę tajemniczości i grozy, to w tym przypadku można mówić tylko o nudzie i pretensjonalnym stylu.

Przerost formy nad treścią dominuje i nie pozwala skupić się na fabule. Świat przedstawiony jest ciekawy i chciałoby się go poznać jeszcze bardziej. Na Kontynencie działa zarówno magia jak i technologia. Współpraca lub konflikt posługujących się nimi czarnoksiężników nie jest przedstawiony w żaden sposób. Opisy w formie wielokrotnie złożonych zdań skutecznie zniechęcają do lektury. Nie chodzi o to, że jestem fanem zwięzłych sformułowań, a na widok Władcy pierścieni uciekam z krzykiem. Uważam, że jeśli książka ma do zaoferowania wyłącznie pełne zapożyczeń z innych języków opisy, to coś jest nie tak.

W języku, jakim jest napisany Kontynent, zauważyć można mnóstwo anglicyzmów. Używanie tych, a nie innych słów zwykle nie przeszkadza mi aż tak bardzo, jednak w tym przypadku jest zgoła inaczej. Zbyt duża ilość zapożyczeń powoduje, że tekst wygląda sztucznie. Do tego są to rzadko spotykane i poważnie brzmiące wyrazy (destynacja, konstrukt), przez co język staje się pompatyczny. Obok archaizmów (wieżyce, podwędził był) pojawiają się także kolokwializmy (zadek) i nie występują one w dialogach w ramach stylizacji językowej, a w opisach. Świadczy to o niedbałej redakcji lub niekonsekwentnym stylu.

Bohaterowie, poza kilkoma wyjątkami, są tylko pretekstem do wprowadzenia do fabuły kolejnych intryg i opisów. Poczynania kilku z nich (Julian z Ostatniego triumfu mistrza Plasseina, czy Sofia z Maleficium) obserwuje się z dużą ciekawością. Ich portrety psychologiczne zostały dobrze nakreślone. To właśnie opowiadania, w których są głównymi bohaterami, czyta się najlepiej.

Ostatni triumf mistrza Plasseina to opowieść o człowieku zajmującym się sztuką plastynacji – tworzenia, wskrzeszania i łączenia ze sobą różnych form życia. Plassein co jakiś czas zaprasza do siebie zaprzyjaźnionych czarnoksiężników, by zaprezentować swoje dzieła. Jego dom jest mieszkaniem dla stworzonych przezeń stworów, a także siostrzeńca Juliana, którego uratował z pożaru. Pomysł na tę opowieść bardzo mi się spodobał, ponieważ sam kiedyś napisałem opowiadanie w podobnej tematyce. Nastrój Ostatniego triumfu… jest duszący, akcja jest nieprzewidywalna, lecz zakończenie nijakie.

Główną bohaterką Maleficium jest Sonia, która powraca do rodzinnych Mokradlisk, by rozwiązać zagadkę morderstwa (nie, nie chodzi o dwie dziewczynki). W tej opowieści przedstawiono konflikt konserwatywnych mieszkańców prowincji z zaawansowanymi technicznie zwolennikami zmian z dużych miast. Pierwsze skrzypce gra relacja Soni z matką będącą jedną z władczyń Mokradlisk. Śledztwo w sprawie zbrodni niestety schodzi na dalszy plan. W efekcie, gdy w finale sprawa się rozwiązuje (samo zakończenie wątku śledztwa nie powala – jest zwyczajnie zbyt przewidywalne), jesteśmy znudzeni rodzinnymi dramatami. Maleficium, pomimo swoich wad, zasługuje na uwagę z powodu nieźle przedstawionego konfliktu prowincji i dużego miasta.

Jakość wydania także pozostawia wiele do życzenia. Okładka jest przyjemna dla oka. Paperback to podstawowy format wydawniczy, ale nieco lepiej sprawdziłaby się okładka miękka ze skrzydełkami – wówczas rogi się nie zaginają, a książka jest bardziej atrakcyjna. W treści jest trochę literówek i powtórzeń – tekst wymaga lepszej redakcji i korekty.

O Kontynencie nie jest w internecie zbyt głośno i niech tak pozostanie. Książka jest dowodem na pasję autora i jego znajomość rozmaitych światów fantastycznych.  To także jego pierwsza wydana powieść, a nie zapominajmy, że z debiutami różnie bywa. Życzę autorowi wielu sukcesów na rynku wydawniczym. A o Kontynencie najlepiej zapomnijmy, w porządku?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proudly powered by WordPress | Theme: Baskerville 2 by Anders Noren.

Up ↑

%d bloggers like this: