Podsumowanie pierwszej połowy 8 sezonu Gry o tron

Coś się kończy…

Mało co tak dosadnie przypomina mi o upływie czasu, jak kolejne sezony jednego z najchętniej oglądanych seriali na świecie – Gry o tron. Dołączyłem do grona jego wielbicieli jakoś w okolicach piątego sezonu i od tamtego momentu staram się być na bieżąco zarówno z show, jak i z doniesieniami na temat kolejnych odcinków oraz materiałami zza kulis. A tych ostatnich zrobiło się ostatnio naprawdę wiele. Gra o tron odcisnęła także duże piętno na moim postrzeganiu telewizji – była ona moim pierwszym „wielkim”, oglądanym świadomie serialem i dzięki niej liznąłem trochę tego świata i zapragnąłem jeszcze więcej. Zachęcony świetną adaptacją, postanowiłem przeczytać sagę Pieśń lodu i ognia, co było dosyć odkrywczym dla mnie spotkaniem z nowym rodzajem fantastyki – takim, w którym główni bohaterowie giną dosyć szybko, a światem wstrząsają intrygi i krwawe zemsty. Tkwiłem wtedy w rozkosznie gnuśnym stanie czytelniczym, gdy za namową znajomej bibliotekarki pochłaniałem kolejne powieści młodzieżowe, z których pamiętam teraz bardzo mało lub nic. Proza Martina zmęczyła mnie, wobec czego ostatecznie dałem za wygraną podczas lektury trzeciego tomu. Serial jednak oglądałem dalej.

Wraz z kolejnymi sezonami lubiłem Grę o tron coraz bardziej, czego efektem była na przykład notka o 7 sezonie. I oto wreszcie doszliśmy do momentu, gdy koniec serialu wydaje się być nieubłaganie bliski. Podsumujmy więc jego pierwszą połowę, bo jak doskonale wiemy, nastąpiło pewne wiekopomne zdarzenie. Opiszę tylko te wątki, które najbardziej rzuciły mi się w oczy, gdybym chciał wspomnieć o wszystkim, wyszedłby mi elaborat liczący tysiące słów. Osoby, które tu są, a jeszcze nie widziały pierwszych trzech odcinków ósmego sezonu ani wcześniejszych odsłon – uważajcie, bo będą

S P O I L E R Y

Okej, jeśli zostali z nami już tylko wtajemniczeni, porozmawiajmy o pierwszych trzech odcinkach ósmego sezonu Gry o Tron, które zostały niemal w całości poświęcone wątkowi Winterfell oraz armii umarłych na czele z Nocnym Królem chcącym… No właśnie, czego on dokładnie pragnął – zabić Brana, wywołać kolejną Długą Noc? Nie do końca wiadomo (ale do tego jeszcze wrócę). W każdym razie, kołem zamachowym pierwszej połowy ósmego sezonu niewątpliwie była obrona Winterfell przed Innymi. W moim mniemaniu mamy tu do czynienia z dwoma częściami tego wątku – pierwszą, przygotowującą do ostatecznej walki oraz bitwy właściwej. Podzielę więc to omówienie uznając odcinki Winterfell oraz A Knight of the Seven Kingdoms za całość.

Wielkie przygotowania, wielkie nadzieje

Pierwszy odcinek wita nas nowym intro, w którym przedstawione są dwie lokacje, wokół których będzie rozgrywać się akcja tego sezonu – Winterfell oraz Królewską Przystań oraz dwie pomniejsze, o wiele mniej znaczące (przynajmniej na razie), a mianowicie siedzibę rodu Umberów i Mur. Widzimy rozchodzącą się od tamtych miejsc w kierunku zamku Starków ścieżkę, co reprezentuje nadchodzącą z północy armię Nocnego Króla.

Mamy tu do czynienia z wieloma odniesieniami do pierwszego odcinka pierwszego sezonu: chłopak, za którym podąża kamera, wojska wjeżdżające do Winterfell, odwiedziny znaczącej persony, Aryi ponownie nie ma tam, gdzie ma być i biedna Sansa nie potrafi określić jej lokalizacji. Od momentu spotkania Daenerys z Sansą zarysowany jest konflikt między władczyniami. Obie panie zdecydowanie nie darzą się sympatią, zaś kości niezgody jest tu wiele – sama osoba Jona Snowa, to, że nie jest on już formalnie Królem Północy oraz kwestie niezależności bądź suwerenności tejże względem Żelaznego Tronu. Trzeźwe spojrzenie na sytuację zdaje się mieć tylko kilka osób. Jest wśród nich Bran, który przerywa chłodne powitanie Daenerys zwracając uwagę na, że w ich kierunku podąża armia umarłych na czele z Nocnym Królem. Jon zaś zdaje się nie przejmować niczym innym niż właśnie zbliżającą się konfrontacją, co nieco rozsierdza Sansę i innych władców Północy.

Relacja Jona i Danki w tym sezonie jest tak mdła i sztuczna jak te z brazylijskich telenowel.

Pierwszy odcinek spodobał mi się z uwagi na dużą ilość spotkań dawno niewidzianych bohaterów. Po wielu sezonach przerwy Arya miała w końcu szansę porozmawiać z Jonem, co dało twórcom szansę do przemycenia kolejnego nawiązania do początków serii, a mianowicie do momentu, w którym Snow wręcza przyrodniej siostrze Igłę. Ich spotkanie po latach było bardzo urocze, pokazało też, że mimo upływu lat tę dwójkę wciąż łączy bardzo dużo. Drugą rozmową, o której chciałbym wspomnieć, jest ta przeprowadzona przez Sansę i Tyriona. Obaj bohaterowie od czasu swojego ślubu przeszli bardzo długą drogę. Podczas ich konwersacji Sansa z lekceważeniem potraktowała obietnice Cersei i nie ma się co dziwić, bowiem obecna królowa nie jest znana z ich dotrzymywania. Trochę nie podoba mi się to, co z Tyrionem uczynili twórcy w tym sezonie. Dawniej, jak sam mówił, jego bronią był umysł, obecnie nie korzysta z niego zbyt intensywnie – powodów może być wiele, od kuriozalnej sytuacji w jakiej się znalazł począwszy, po mnogość rzeczy, na które musi zwracać uwagę skończywszy.

Bardzo wzruszającą sceną była ta, podczas której Sam dowiedział się od Daenerys o śmierci swojego brata i ojca. W tamtej chwili bohater ten zachęcony dodatkowo świdrującym wzrokiem Brana postanowił wyjawić Jonowi prawdę o jego pochodzeniu. A jeśli już jesteśmy przy Jonie i Daenerys – czy Wam też ich relacja wydaje się maksymalnie sztuczna i pozbawiona wszelkiej chemii? Oby została ona zakończona czym prędzej i jak najbardziej emocjonująco. Daenerys bowiem dowiedziała się już od Jona, że to on ma większe prawa do tronu od niej. Nie pożąda on go jednak, w przeciwieństwie do swojej ukochanej. Pod koniec sezonu z pewnością rozwiązanie będzie mieć konflikt między Północą a Daenerys. Kwestią sporną jest jednak to, po której stronie stanie Jon – będzie wierny starym rodom i własnej rodzinie czy pozostanie u boku Smoczej Królowej? Może się okazać, że w pierwszym przypadku nastanie nowa wojna, zaś Danka pójdzie w ślady Szalonego Króla. Tego jednak dowiemy się dopiero za kilka tygodni.

Wątek Jaimego śledzę z zapartym tchem od czasu jego wędrówki z Brienne. Cieszę się, że w końcu postanowił on zakończyć toksyczną relację z siostrą.

Twórcy serialu zapowiadali, że bitwa w trzecim odcinku będzie tak samo efektowna jak ta obrona Helmowego Jaru w filmie Władca Pierścieni: Dwie wieże. Tymczasem o wiele wiarygodniej tolkienowskiego ducha oddawał ten drugi. Pomimo bycia typowym wprowadzeniem do dalszych wydarzeń, niósł ze sobą wiele emocji. Nastąpiła tu przede wszystkim kontynuacja sporu między dwoma silnymi postaciami kobiecymi – Sansą i Daenerys. Panie próbowały nawiązać nić porozumienia, jednak nie do końca im się to udało, na wierzch bowiem wyszła wyrażona przez Sansę chęć wyodrębnienia się od Południa. Oczywiście Matce Smoków przez myśl nie mogłoby przejść, że miałaby otrzymać mniej niż wszystkie Siedem Królestw, wobec czego konflikt nie ugasł. W tym odcinku pozamykano kilka wątków, co dało fanom sugestię, że część postaci zginie w bitwie z Nocnym Królem. Częściowo się to sprawdziło.

Bardzo krzepiącą była scena spotkania przy kominku kilku postaci, podczas której Brienne została pasowana na rycerza. Z pewnością zasłużyła ona na ten tytuł, poza tym między nią a Jaimem wytworzyła się pewnego rodzaju więź, która w przyszłości może przeistoczyć się w coś większego. Przejdźmy do pozostałych rzeczy. Plan obrony Winterfell wydawał się być bardzo mało prawdopodobny, jedyną nadzieją dla obrońców miało być zwabienie Nocnego Króla do Bożego Gaju. Scena zbliżenia między Aryą a Gendrym była dla mnie bardzo dziwna, bo wciąż mam w pamięci małą dziewczynkę z pierwszego sezonu. Pomimo tego, że nie jestem wielkim fanem ich związku, wciąż bardzo lubię tę dwójkę. Drugi odcinek zwieńczyła piosenka wykonana przez Podricka (kolejne nawiązanie do Władcy pierścieni). W Internecie zawrzało, fani prześcigali się w typowaniu bohaterów, których czeka marny koniec w bitwie oraz jej zakończenie. Balonik napompowany hypem był rozdęty do granic możliwości i tylko coś wielkiego mogło go rozładować.

Bitwa z Nocnym Królem miała swoje momenty, jednak w ostatecznym rozrachunku nie była na tyle efektowna i dobrze przemyślana, by dorównać obronie Helmowego Jaru.

Długa i (nie)jasna Noc

Mam wrażenie, że twórcy nakręcili trochę zbyt duży hype. Porównując obronę Winterfell z bitwą o Helmowy Jar zaszkodzili tylko swojemu serialowi, bowiem tej scenie batalistycznej z Władcy pierścieni pomimo upływu lat naprawdę trudno jest dorównać. Zacznę od rzeczy, które spodobały mi się. Jednym z jaśniejszych elementów tego odcinka była muzyka. Wywoływała ona emocje i nie pozwalała być obojętnym wobec wydarzeń, jakim towarzyszyła. Kolejnym była scena, w której Sansa i Tyrion kryli się przed Innymi atakującymi ludzi ukrytych w kryptach Winterfell. Był to bardzo wzruszający moment, któremu na dodatek towarzyszyła posępna muzyka. Poza tym spodobała mi się scena szarża Dothraków i chodzi mi dokładnie o moment, w którym wojownicy jadą w kierunku wroga a na niebie widać rozżarzone pociski wyrzucone przez trebusze. Ten jeden epicki moment na początku był obietnicą czegoś jeszcze większego, co jednak nie nastąpiło. Niesamowite wrażenie sprawiły na mnie także sceny, w których o życie walczyli Brienne, Jaime i Podrick. Bardzo lubię tych bohaterów i miałem nadzieję, że jeszcze nie czeka ich śmierć. Moment przed zabiciem Nocnego Króla przez Aryę (co także przypadło mi do gustu, bohaterka wykorzystała w końcu swoje mistrzowskie wyszkolenie) twórcy postawili wielu bohaterów w skrajnie niebezpiecznych sytuacjach i miałem przez chwilę wrażenie, że Bran w jakiś sposób przejmie władzę nad Innymi bądź obróci sytuację na korzyść żywych. Okazało się jednak, że plan się powiódł i Nocny Król został zabity.

I w tym momencie zaczynają się moje zarzuty wobec tego odcinka. Mam wrażenie, że postać Nocnego Króla nie została w pełni wykorzystana. Nie poznaliśmy dokładnie jego motywów ani relacji z Branem. Od pierwszego odcinka pierwszego sezonu było wiadomo, że Inni są jednymi z głównych antagonistów w serialu, tak banalne zakończenie ich wątku jest nie do przyjęcia. Mogą oczywiście jeszcze powrócić w jakiś sposób w kolejnych odcinkach, jednak twórcy musieliby się bardzo postarać, by wznowienie ich wątku nie było strzałem w stopę. W trzecim odcinku pełno było nielogiczności: szarża Dothraków, zbyt mało efektywne wykorzystanie smoków, absurdalne pomysły jak pojedyncza linia zasieków mająca obronić Winterfell przed hordami Innych, maszyny oblężnicze ustawione niemalże w pierwszym szeregu, stłoczenie osób, które nie potrafią walczyć w kryptach podczas ataku, jakby na to nie patrzeć, nekromanty. Dużo osób zwracało także uwagę na słabe oświetlenie – w niektórych scenach rzeczywiście takie było, jednak pozostałe dało się oglądać.

Przyszłe odcinki to jedna wielka tajemnica – twórcy bardzo niechętnie dzielą się informacjami na ich temat.

…coś się zaczyna

Ostatnie trzy odcinki przyniosą odpowiedź na to, jak skończy się cały serial. Mam nadzieję, że bitwa w piątym okaże się o wiele lepsza niż obrona Winterfell. Gra o tron rozpala wyobraźnię swoich widzów od dobrych ośmiu lat, oby jej zakończenie okazało się godne całego trudu, jaki został włożony w ten serial. Fanom nie pozostaje nic innego, jak snuć teorie i czekać na ostatnie odcinki. Ja tymczasem życzę nam wszystkim, by finał okazał się równie emocjonujący i zapierający dech w piersiach jak cały serial. Po zakończeniu Gry o tron zaś widzowie żądni dobrej fantastyki na ekranie z pewnością się nie zawiodą – czekają nas seriale z uniwersów Władcy pierścieni, Koła czasuWiedźmina.

Źródło wszystkich zdjęć: materiały promocyjne HBO

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proudly powered by WordPress | Theme: Baskerville 2 by Anders Noren.

Up ↑

%d bloggers like this: