Roger Zelazny – Aleja Potępienia [Recenzja]

Klasyka klasyce nierówna – spośród wielu wybitnych twórców obracających się w tematyce fantastyki postapokaliptycznej znalazłoby się paru, których niektóre książki odstają poziomem od pozostałych. Należy do nich niestety Roger Zelazny. Napisana przezeń Aleja Potępienia być może w 1969 roku była świeżą i ciekawą pozycją, jednak dzisiaj z pewnością już nią nie jest. Zdecydowanie nie wytrzymała próby czasu.

Od czasu publikacji Alei Potępienia zdążyło powstać mnóstwo filmów, książek i gier dziejących się w postapokaliptycznym świecie – Mad MaxDroga i Fallout to tylko kilka z nich. Fabuła, która mogła być świeżym pomysłem 50 lat temu, dziś wydaje się banalna, bo przemielona przez popkulturę: wypuszczony z więzienia przestępca ma przejechać tytułową Aleją Potępienia – drogą prowadzącą od Los Angeles do Bostonu. Jego misja jest niezwykle ważna, ma bowiem dostarczyć antidotum ludziom doświadczonym przez epidemię. W zamian za wykonanie zadania zostanie ułaskawiony.

Czort Tanner, bo tak nazywa się główny bohater, to archetypiczny badass, który nie dba o nic i nikogo z wyjątkiem swojego brata. Liczne nachalne ekspozycje mające przedstawić tę postać jako zło wcielone czynią ją karykaturalną i niedającą się lubić. Gdy w pewnym momencie ratuje nieznajomą kobietę z opresji, tylko ziewnięciem można skwitować pójście tych dwojga do łóżka. W czasie swojej podróży Czort niby przechodzi jakąś przemianę wewnętrzną: od bezlitosnego gangstera do człowieka z poczuciem misji. Jest ona jednak kompletnie niewiarygodna, zaś autor nie poświęcił jej zbyt wiele miejsca. Co więc stanowi lwią część książki?

Sceny akcji i podróży przez bezdroża, rzecz jasna. I w tym momencie muszę z przykrością stwierdzić, że nie wywołują absolutnie żadnych emocji. Wzruszeniem ramion kwitowałem przeszkody, jakie napotykał główny bohater. Następujące po sobie sceny walki z kolejnymi gangami lub siłami przyrody nie dość, że były bardzo krótkie, to jeszcze szybko nudziły. Trudności nie stanowiły bowiem dla Czorta żadnego wyzwania – ot, używał bogatego arsenału broni, w jaki wyposażono jego pojazd bądź znajdował gdzieś schronienie. Wszystko to działo się zbyt szybko, przez co nie było szans na budowanie jakiegokolwiek napięcia czy kibicowanie głównemu bohaterowi. Marnie wykonane sceny akcji stanowią największą wadę tej książki, ponieważ zostało im poświęconych najwięcej uwagi i to one miały przyciągać potencjalnego czytelnika do lektury.

Wszystkie powyższe mankamenty świadczą dobitnie o tym, że Aleja Potępienia nie jest warta przeczytania. Wydanie jej przez Rebis w serii Wehikuł czasu ma bardzo gorzki wydźwięk; istotnie, trzeba by użyć takiej maszyny by przekonać się, jak dobra mogła być kiedyś. Muszę jednak zwrócić uwagę na to, że oceniam ją ze współczesnej perspektywy. Wiadomo, że kilkadziesiąt lat po wydaniu nie jest ona już tak odkrywcza czy emocjonująca jak zaraz po premierze. Pomimo tego uważam, że klasyka literatury ma to do siebie, że przekazuje pewne uniwersalne wartości, które pozwalają jej się bronić niezależnie od czasów, w jakich jest czytana. Książka Zelaznego nie spełnia tego wymogu, ale może za to być po prostu dobrym czytadłem, podczas poznawania którego trzeba wyłączyć myślenie.

Udało mi się jednak znaleźć pewne pozytywy. Były to krótkie rozdziały wplecione w główną opowieść, przedstawiające historie bohaterów luźno powiązanych z głównym wątkiem, np. mieszkańców dotkniętego epidemią Bostonu. Pokazują one całą gamę emocji, jakie towarzyszą zwykłym ludziom zamieszkującym ten postapokaliptyczny świat i są dobrym przerywnikiem dla nużącego wątku podróży przez pustkowia. Podobną funkcję pełni swego rodzaju eksperyment literacki, czyli rozdział składający się niemal wyłącznie z jednego zdania, które ciągnie się przez kilka stron. Zawiera ono bardzo poetycki opis świata przedstawionego, wyjaśniający także pewne nieścisłości fabularne. Z racji swojej ekspresywności i bogactwa językowego niewidocznego w innych częściach książki zrobiło ono na mnie duże wrażenie.

Aleja Potępienia to powieść, z której współcześnie nie sposób wydobyć czegoś więcej niźli tego, co zaproponowali twórcy postapokalipsy w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Kilka rozdziałów przedstawiających losy ludzi powiązanych z główną historią ujawnia jej potencjał, nie został on jednak w pełni wykorzystany. Ta książka sprawdza się jedynie jako czytadło lub dodatkowa pozycja dla zagorzałych fanów twórczości Rogera Zelaznego bądź postapokalipsy.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu fantasta.pl. Źródło okładki: materiały wydawnictwa Rebis.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proudly powered by WordPress | Theme: Baskerville 2 by Anders Noren.

Up ↑

%d bloggers like this: